Tatrzańska premiera

Pewne przedstawienie najbardziej utkwiło mi w pamięci

Po blisko trzech godzinach biegania po „kozich ścieżkach” rzuciliśmy przeklęte wory pod ogromny kamień, aż zadzwoniło całe żelastwo wewnątrz. W wędrowaniu po górach, niezależnie czy turystycznie czy wspinaczkowo, najwięcej przyjemności odbiera noszenie ciężarów. Wdrapaliśmy się z Jurkiem na płaski, pochyły głaz powyżej i po chwili leżeliśmy już na nim na wznak wpatrując się w scenerię przed nami. Czekałem na ten moment od dawna, ale cierpliwość została wynagrodzona. Przed oczami mieliśmy całą południową ścianę Zmarłej Turni, oświetloną promieniami porannego słońca. Ścianą, która obrosła niesłychaną legendą, największą w romantycznych czasach pierwszej połowy XX wieku.

Dotknąłem lewej kieszeni flanelowej koszuli i sprawdzałem palcami jej zawartość. Między twardymi okładkami legitymacji Klubu Wysokogórskiego znajdowała się świeżutka Karta Taternika. Było to swoiste „prawo jazdy” na samodzielne hasanie po Tatrach, a po ich skalnych ścianach przede wszystkim.

Kilkanaście miesięcy temu zaczął się w moim klubie teoretyczny kurs taternicki. Na żadne lekcje i wykłady w mojej naukowej karierze nie chodziłem z takimi emocjami. Wielogodzinne wysiadywanie na twardych ławach i mozolne notowanie na kolanach wszelkich mądrości w niczym nie uprzykrzało życia. Spotkania z ludźmi, którzy byli częścią legendy taternickiej, silnie potęgowały motywacje zmierzenia się z górami. Mile również zaskoczyła mnie życzliwa i sympatyczna atmosfera w klubie. Nawet „kursanci” traktowani byli na równi z „himalaistami”, a zwracanie się per ty do każdego eliminowało niezdrowe relacje już po przekroczeniu progu klubu. Kurs skałkowy w podlesickich skałkach w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej umocnił jeszcze bardziej moje pozytywne wyobrażenie o tym wydawałoby się hermetycznym środowisku. Potem przekonałem się, że życie samo eliminowało przypadkowych osobników, którzy ewentualnie prześlizgnęli się nie zdradzając początkowo swojej prawdziwej twarzy. Kurs tatrzański pod okiem wspaniałych instruktorów był już tylko ukoronowaniem marzeń. Wszystkie egzaminy po drodze, aczkolwiek bardzo surowe, też pozostały w dobrej części wspomnień. Wręczenie Karty Taternika stanowiło już początek prawdziwej drogi. Według mojej wyobraźni całkowitym spełnieniem i prawdziwą inicjacją taternicką mogło być tylko samodzielne pokonanie południowej ściany Zamarłej Turni.

Jurek wstał, przeciągnął się jakby dopiero, co wstał z pościeli. Podszedł do plecaków, sięgnął do bocznej kieszeni i wyciągnął zielony, drugi tomik przewodnika taternickiego „Paryża”. Przewodniki Witolda Henryka Paryskiego były praktycznie jedynymi, względnie dostępnymi opisami tatrzańskich dróg wspinaczkowych. Staliśmy w Pustej, nie tylko z nazwy, dolinie przed ścianą, niczym przed ołtarzem w majestatycznej świątyni. Przyglądaliśmy się zacięciu w lewej części południowej ściany. Drogę, zwaną „lewi Wrześniacy”, znaliśmy na pamięć. Niemniej Jurek otworzył przewodnik na stronie z opisem drogi nr 162 i powoli, głośno odczytał tekst:

(…)

Lewą częścią pd. Ściany. Droga nadzwyczaj trudna i b. Eksponowana; 2 1 godz.

(A) Wejście w ścianę w jej lewej części, zaraz na lewo od miejsca, gdzie schodzi najniżej, a w linii spadku ogromnego zacięcia, wybiegającego na pierwsze spiętrzenie zach. grani nad Zmarzłą Przełęczą. Zacięciem tym w górę aż do biegnącej w poprzek pd. Ściany półeczki (wiedzie nią droga 163), osiągając ją przy małej, trawiastej płasience z luźnymi blokami.

Stąd:

Albo ( nadzwyczaj trudno) : Drogą 163 w prawo, po czym w odpowiednim miejscu w górę na wierzchołek drogą 159, 160 lub 161. Albo : (B) Wprost w górę dalszą częścią zacięcia na zach. grań i nią (drogą 155) na wierzchołek.

Odcinek A od drogi 163 w dół mniej więcej do jego połowy i z powrotem w górę do drogi 163: Stanisław Motyka, 22.IX.1927. Pierwsze wejście (AB): wspinacze zakopiańscy (Czesław Wrześniak i Stanisław Wrześniak ?) przed r. 1940. …

Tyle lapidarny, częściowo zaszyfrowany opis, który mogliśmy recytować obudzeni w środku nocy.

Czasu mieliśmy aż nadto, więc „zdobywanie” zaczęliśmy od kontemplowania wszystkich szczegółów niekoniecznie naszej drogi. Znaleźliśmy się w miejscu, gdzie na przestrzeni wielu lat rozegrały się dramatyczne sceny. Tamte wydarzenia stały się głównymi akapitami historii polskiego taternictwa.

Wszyscy, którzy wędrują urokliwym szlakiem od Murowańca w Dolinie Gąsienicowej do Pięciu Stawów przez Kozią Przełęcz, zatrzymują się po południowej stronie grani wśród złomisk wiszącej dolinki. Zastany widok na zawsze zostaje w pamięci. Dolinę Pustą zamyka od północy wyrastający z piargów pionowy mur skalny. Jak na warunki tatrzańskie ściana jest niewysoka, bo to niespełna 150 metrów. Tworzą ją gładkie granitowe płyty rzadko poprzecinane zacięciami i rysami. Wystające w górnej części ogromne graniastosłupy jakby chciały przypomnieć śmiałkom o niedostępności Zamarłej Turni. Dlatego też w czasach pionierów eksploracji Tatr, czasach Chałubińskiego i wielebnego Stolarczyka ściana ta, podobnie zresztą jak zerwy Mnicha, pozostawała poza wyobraźnią dzielnych pionierów. Zamarła Turnia długo broniła swojego dziewictwa. Nawet świetni taternicy węgierscy, bracia Guala i Roman Komarniccy musieli uznać w 1909 roku wyższość natury, kiedy to kilka ich odważnych prób kończyło się wycofaniem przed osiągnięciem wierzchołka. Szukali oni swojej szansy na drodze najbardziej logicznej, zbiegającej wprost w linii spadku wierzchołka, ale napotkawszy trudności uznali, że teren jest nie do pokonania. Kolejną próbę podjęli wyraźnym zacięciem biegnącym środkiem ściany, nazywanym dziś Zacięciem Komarnickich. Bracia mozolnie zdobywali wysokość osiągając trawiastą półkę, ale zapadający zmrok i tym razem zmusił ich do odwrotu. Kolejnego dnia już bez większych przeszkód osiągnęli znaną im półkę, skąd po kilkumetrowej wspinaczce po gładkich płytach dotarli do niewydatnej półeczki ciągnącej się w poprzek ściany od Koziej Przełęczy do Zmarzłej Przełęczy. Solidnie asekurowany przez brata, Guala rozpoczyna trawers. Taternik dociera do miejsca wyjątkowo trudnego i przepaścistego. Przewieszony fragment wypycha go na zewnątrz i dalej porusza się wyłącznie na rękach widząc pod dyndającymi luźno nogami piargi Pustej Dolinki. Nagle pozornie solidny chwyt okazał się zdradziecki i Guala odpadł od ściany. Na szczęście doświadczony Roman zdołał wyhamować lot partnera. Po ośmiometrowym wahadle taternik zawisł w powietrzu. Rozwaga, szacunek dla gór tym razem zwyciężyły i ściana jeszcze się oparła zdobywcom. Wyczyny Komarnickich narobiły wystarczająco dużo szumu w Zakopanem i najlepsi wspinacze podejmowali wyzwanie, niestety bez sukcesów.

Nadszedł dzień 16 lipca 1910 roku. Pod ścianą Zamarłej zameldowały się największe gwiazdy wśród wspinaczy zakopiańskich: Stanisław Zdyb, Leon Loria, Józef Lesiecki i Henryk Bednarski. Pierwsza próba ataku rysą na prawo od zacięcia Komarnickich zakończyła się niepowodzeniem. Przyjaciele jednak przyjrzeli się tym razem dokładnie formacjom powyżej i ocenili obiektywnie trudności.

Równo tydzień później, 23 lipca, nieprzeciętny talent wspinaczkowy Bednarskiego i nie mniej wielkie umiejętności nawigacyjne Lesieckiego doprowadziły do pokonania opornej ściany przez cały zespół. Po pokonaniu krótkiego kominka ponad Górnym Trawersem szczęśliwi wspinacze pochyłymi trawnikami osiągnęli wierzchołek. Zdobywcy zrazu skromnie ocenili trudności całej drogi jako „bardzo trudną”. Kolejne powtórzenia drogi zdobywców przez takie sławy jak Kulczyński, Król, Zaruski, Znamięcki dodają jej sławę najtrudniejszej w Tatrach. Pojawił się wtedy nowy stopień w skali trudności taternickich określonym jako „nadzwyczaj trudny”, a zdobycie południowej ściany Zamarłej Turni stało się niewątpliwie punktem zwrotnym w historii taternictwa i długo nie pobitym rekordem. Dopiero po latach taternicy ponownie zjawili się w dolinie Pustej.

Rankiem 25 września 1917 roku po ścianą wiążą się liną Stanisław Bronikowski i Rafał Malczewski, syn sławnego malarza Jacka. Poruszając się drogą zdobywców dość sprawnie pokonali dolne partie i Dolny Trawers. Na piątym wyciągu prowadzi Bronikowski atakując płytką rysą wystający graniastosłup skalny. Widząc u wylotu rysy pozostawiony przez poprzedników hak i kawałek liny nie dba już o asekurację. Mając już niemal w zasięgu ręki zbawczy koniec liny, Bronikowski nagle odpada od skały. Trzydziesto metrowy lot nie jest w stanie wytrzymać kiepskiej odporności ówczesna lina. Głuche uderzenie i zmasakrowane ciało nieruchomieje w ciszy na piargach doliny. Przerażony Malczewski dziewiętnaście godzin czekał na ratunek pogotowia patrząc z góry na martwego przyjaciela. Pierwsza ofiara Zamarłej dodała do jej sławy tragiczny wątek.

W latach dwudziestych doszło do głosu nowe pokolenie i odnotowano nowe zdobycia legendarnej ściany. Skutecznie z wyzwaniem mierzą się: Mieczysław Świerz, bracia Sokołowscy, bracia Rzepeccy, Mieczysław Szczuka. Zwłaszcza ten ostatni zapisał się, obok wyczynów taternickich, jako duchowy przywódca radykalnej młodzieży skupionej wokół sławnej wtedy zakopiańskiej „Gospody Włóczęgów”.

W tym czasie pojawiła się pod Tatrami postać niezwykła. Jerzy Leporowski, nieznany nikomu były lotnik I Wojny Światowej. Po samotnym „rozpracowaniu” wielu taternickich problemów, wsławił się pokonaniem Zamarłej bez asekuracji w niewiarygodnym czasie 40 minut.

Trzynastego przejścia zamierzał dokonać 13 sierpnia 1927 roku Mieczysław Szczuka. Związał się liną z kompletnie niedoświadczonymi przypadkowymi turystami – Prechowiczem i Ramertem. Wypadek nastąpił w dolnej części ściany na drodze klasycznej. Prowadzący Szczuka prawdopodobnie zostaje ściągnięty zbyt sztywno trzymaną liną i ginie u stóp Zamarłej. Lapidarne zapisy w „Księdze wypraw” TOPR-u nie wyjaśniały dokładnie przyczyn kolejnej tragedii. To chyba jednak nie splot feralnych trzynastek, ale zlekceważenie majestatu gór przyczyniło się do wypadku. Góry są bezkompromisowo sprawiedliwe, zwłaszcza w stosunku do tych, co nie okazują im wystarczającego respektu.

Grozą powiało wokół mitów o królowej ścian. Nic już jednak nie mogło pohamować wybuchu ilościowego i jakościowego dokonań taternickich. Zamknięta dotychczas w wąskim gronie działalność stała się modna w ówczesnym Zakopanem. Krąg wtajemniczonych powiększały kobiety, co uznano za rewolucje. Prym w konkurencji żeńskiej wiodły ulubienice wśród zakopiańskich taterników, młodziutkie siostry Skotnicówny. Miały już spore doświadczenie, zwłaszcza szesnastoletnia Lida, która towarzyszyła takim asom jak Stanisławski i Czech przy zdobywaniu rekordowych dróg na Żabim Koniu, Kościelcu i Niebieskiej Turni. Zapragnęły zrealizować hasło niezależności od mężczyzn i dorównania im w taternickich wyczynach.

Siostry uznały, że najmocniejszym argumentem będzie pokonanie Zamarłej Turni. Kiedy podeszły 6 października 1929 roku do Pustej Doliny zastały już w ścianie Bronisława Czecha z towarzyszami – Ustupskim i Wójcikiem. Czech miał już za sobą porachunki z legendarną górą, kiedy odpadł z Rysy Bronikowskiego. Na szczęście przygoda ta nie zakończyła się tragicznie. Obecność znakomitych kolegów jako świadków, tylko dopingowała Lidę i o dwa lata starszą Marzenę.

Kiedy Czech przymierzał się do wejścia w Górny Trawers, niewiele niżej Lida Skotnicówna już wchodziła w Rysę Bronikowskiego. Słynny sportowiec podziwiał imponujący styl młodszych koleżanek. Idący za prowadzącym Wójcik z Ustupskim celowo pozostawili w szczelinie granitowego graniastosłupa solidny hak, by ułatwić dziewczętom asekuracje w trudnym miejscu. Lida po dojściu do kluczowego miejsca przepieła linę przez karabinek, który uprzednio wpięła do haka. Mając bezpieczny punkt asekuracyjny śmiało zaatakowała trudniejszy, przewieszony fragment rysy. Czech w tym czasie znalazł się w górnej części eksponowanego kominka, który praktycznie kończył trudności na drodze. Patrząc wzdłuż pionowej ściany ujrzał na tle piargów dwa lecące kształty ludzkie. Po chwili złączone liną siostry roztrzaskały się na piargach u podnóża. W szoku, niemal cudem cała trójka świadków tragedii dotarła na wierzchołek i czym prędzej zbiegła przez Kozią Przełęcz do piargów Pustej Doliny. Osłupiali próbowali znaleźć przyczynę tego, co się stało. Przyczyna odpadnięcia Lidy w najtrudniejszym miejscu mogła być banalna, ale nie rozumieli, co stało się z asekuracją. Obie martwe siostry leżały ciągle związane niczym nie uszkodzoną liną. Tajemnica wyjaśniła się częściowo dopiero po roku, kiedy odnaleziono zardzewiały karabinek jeszcze wpięty w hak. Potężna siła przy upadku rozgięła stalowy pierścień. Tym razem niedoskonały sprzęt zadecydował o życiu dwóch młodych dziewcząt. Wypadek sióstr wstrząsnął środowiskiem taternickim i na długi czas zawisło fatum nad damskim przejściem tej drogi. Dopiero w roku 1960 Halina Kruger – Syrokomska i Danuta Topczewska pokonały Zamarłą, jako pierwszy zespół kobiecy.

Jeszcze przed wojną Stanisław Motyka i Jan Sawicki wsławili się przejściem ściany w poprzek, wzdłuż Górnego Trawersu. Dzisiaj cała ściana pokryta jest pajęczyną dróg i straciła dużo ze swej sławy niedostępności. Ostatnie lata przyniosły ogromny rozwój technik wspinaczkowych w skale. Rozwiązane zostały najtrudniejsze problemy w Tatrach i mit Zamarłej Turni pozostał bardziej w warstwie historycznej niż sportowej. Zapewne zdecydowanie zmieniły się motywacje ludzi, którzy poświęcili się wspinaczce górskiej. Można prowokacyjnie rozdzielić pojęcie taternictwo od pojęcia wspinaczka. Taternictwo nie może się obyć bez przeogromnej, romantycznej otoczki związanej niekiedy pośrednio z samymi górami. Działalność górska nieodłącznie związana była z mistyczną niemal scenerią niepowtarzalnego Podhala. Legendarną atmosferę tworzyli ludzie, którzy przeważnie sami byli legendą. Wspinaczka natomiast jest praktycznie zdominowana przez cele wyczynowego sportu i współzawodnictwa, czyli elementy o innym znaczeniu w starych, klasycznych czasach. Ostatnio niektórym wspinaczom wystarcza do samorealizacji zamknięta sala gimnastyczna ze sztuczną ścianką. Porównywanie tych dwóch aktywności ludzkich ma taki sens, jak porównywanie dokonań Mick a Jaggera z dokonaniami Mozarta.

Siedzieliśmy z Jurkiem na piargach Pustej Dolinki i patrzyliśmy na ścianę przed nami. Tyle się tu działo ma przestrzeni kilkudziesięciu lat, a góra stoi niewzruszenie. Nie sposób nie zgodzić się z konkluzją Bolesława Chwaścińskiego, autora książki „Z dziejów taternictwa”, który pisał:

(…)

Pokolenie chodzące wówczas po Tatrach,…. podziwiało góry jako twór boski, trwającą od wieków ich niewzruszoność odczuwało jak coś nieprzemijającego i kojarzącego się z wiecznością, a ogrom ich uzmysławiał mu małość człowieka. . .

No, ale nie po to zerwaliśmy się o świcie i pokonaliśmy kawał podejścia z Włosienicy, by teraz filozofować. Wytrząsnęliśmy cały chłam z plecaków i zaczęliśmy szykować się do wejścia w ścianę. Największym skarbem było sześć aluminiowych karabinków i zjazdowa „ósemka”, pożyczone w klubie. Uzupełnieniem były trzy już nasze karabinki, w tym dwa zakręcane. Natomiast haków rozmaitej maści mieliśmy sporo. O kostkach nikt wtedy nawet nie marzył. Jurek pieczołowicie sprawił białą stylonową linę. Lina, co prawda nowa, ale bez atestów, to znaczy bez gwarancji jej prawdziwej wytrzymałości. Strojenie zaczęliśmy od założenia „wyczynowych” butów. Były to popularne trampki-korkery. Producent przeznaczał je do gry w piłkę, ale po obcięciu gumowych korków i podklejeniu mikrogumą stawały się sprzętem wspinaczkowym. Najważniejszym elementem taternickiego stroju były biodrowe uprzęże, też samodzielnie w cierpieniach szyte z taśm w długie zimowe wieczory. Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy partnerzy wiązali się wyłącznie liną pod ramionami. Dla ochrony naszych rozgrzanych głów mieliśmy zwyczajne kaski budowlane z napisem „Budrem”. Nieodłącznym atrybutem taternika musiał być młotek niezbędny do wbijania i wyjmowania haków ze szczelin. Mój, także własnoręcznie wykonany, był relatywnie mały. Już podczas ubiegłorocznych kursów, koledzy życzliwie mi doradzali, bym lepiej skorzystał z zestawu „Małego stolarza” dostępnego w sklepach Czuj-Czynu. Kiedy wszystko już przygotowaliśmy, pozostały sprzęt włożyliśmy do jednego plecaka, który schowaliśmy za kamieniem.

Liturgia naszej wspinaczki zaczęła się od dosłownego i symbolicznego wiązania się liną. Symbolicznego, bo dwaj partnerzy łączą się jak równi sobie na życie i …… . Przed nami była droga zaledwie na cztery wyciągi liny, ale za to jaka. Umówiliśmy się, że pierwszy wyciąg ja poprowadzę. Zatem Jurek przystąpił do zakładania dolnego stanowiska asekuracyjnego u wejścia w drogę, a ja przystąpiłem do skrupulatnego upinania do uprzęży taśm, karabinków i haków.

Dla niewtajemniczonych taternictwo polega na wchodzeniu po linie na górę. Nic bardziej nie potrafi oburzyć taternika. Klasyczna wspinaczka polega na pokonywaniu ścian przy korzystaniu z rąk, nóg i rzeźby skalnej, oraz tego, co ma się w głowie. Natomiast cały sprzęt, który się targa przy tej okazji, służy wyłącznie dla asekuracji i na dobrą sprawę zdecydowanie przeszkadza.

Jurek zdążył wbić dwa solidne haki, na których można by powiesić słonia, albo dwa konie. Ja też gotowy czekałem tylko na hasło.

– Możesz iść – odezwał się Jurek.

– Idę – Odpowiedziałem.

Porozumiewaliśmy się słownictwem jak z elementarza, ale taki sposób zaszczepiono nam podczas wszelkich kursów. W ścianie nie ma miejsca na literaturę i zdania muszą być krótkie, jednoznaczne. Dopuszcza się obok nader skromnego słownictwa, używanie wykrzykników ogólnie przyjętych za niecenzuralne, ale ich zastosowanie bywa bardzo skuteczne w podbramkowych sytuacjach i jest również elementem bezpieczeństwa. Pierwszy fragment prowadzący przez stopnie skalne wprowadzał w trójkowe zacięcie. Dotarłem dość sprawnie pod wyraźną przewieszkę i tam założyłem stanowisko. Jeszcze szybciej dotarł do mnie Jurek i wymieniliśmy się sprzętem. Ponad nami miały się zacząć większe trudności, których z tego miejsca nie było jeszcze widać. Również z tego miejsca były niewidoczne słynne fragmenty z prawej strony. Za to widok na Dolinkę Pustą i dalej na Dolinę Pięciu Stawów z błyszczącym w słońcu Czarnym Stawem był pyszny. Jurek gładko pomknął przez prawą część przewieszki i zniknął mi z oczu. Wolno przesuwająca się lina świadczyła, że posuwa się do góry. Wreszcie znieruchomiała, a z góry usłyszałem metaliczne postukiwania. Jeśli dźwięk z każdym uderzeniem młotka staje się wyższy, to znak, że hak dobrze siedzi w szczelinie. Tak było też tym razem.

– Mam stanowisko – dotarło do mnie z góry.

– Ściągaj. Likwiduję – wrzasnąłem w odpowiedzi i zabrałem się do wybijania haków stanowiskowych. Zemścił się mój mały młoteczek i parę razy wyrżnąłem kostkami palców w skałę. Przypiąłem cały dobytek do uprzęży.

– Mogę iść?

– Możesz.

– Idę.

Po tym skomplikowanym dialogu uznałem, że jestem gotowy.

Luz – wrzasnąłem jeszcze raz do góry, bo zbyt naciągnięta lina mogła mnie wyrwać pod przewieszką w przestworza. Wygramoliłem się jakoś tą samą drogą, co poprzednik i zacięciem dotarłem do płyt, gdzie było kolejne stanowisko. Po sprawnej wymianie sprzętu i uwag z partnerem pomknąłem z powrotem do zacięcia, gdzie zrobiło się wkrótce niemiło wysoko i trudniej. W odruchu chyba samoobrony, ale wbrew teorii wspinania, zacząłem przytulać się do ciepłej skały. Po chwili opanowałem emocję, zszedłem nieco niżej i wbiłem solidny hak. Wydawało mi się, że poprawnie przewlekłem taśmę z karabinkiem, ale kiedy próbowałem przepiąć linę przez karabinek, ten jakimś cudem odpiął się i poleciał w dół. Dzisiaj już wiem, że nie było żadnego cudu, tylko mój błąd, a w górach wszelkie błędy karane są natychmiast i bezapelacyjnie.

-Co ty tam, k…., wyprawiasz?- Byłem jeszcze blisko Jurka, który to wszystko obserwował i nie mogłem liczyć na bardziej życzliwy komentarz. Kolejna próba zakończyła się skutecznie i pokonałem trudności powyżej wzorcowo. Pierwsze w życiu samodzielnie pokonane czwórkowe trudności opłaciłem jednym karabinkiem. Tanio z obiektywnego punktu widzenia. Stanowisko asekuracyjne wypadło na Górnym Trawersie.

Ostatni najtrudniejszy wyciąg miał poprowadzić Jurek. Droga prowadziła na prawo od wyraźnego filara. Trudności pojawiały się w górnej części tego odcinka. Widać było sporo wystających fragmentów płytek, ale nachylonych ukośnie w dół, czyli wykorzystać je można było wyłącznie wbrew prawom fizyki. Mogłem tylko wierzyć, że partner sobie z tym poradzi.

– Możesz iść – łaskawie zwróciłem się do towarzysza.

Jurek szelmowsko się tylko uśmiechnął i pomknął ambitnie do ostatniej potyczki. Pilnie wszystko obserwowałem i starałem się zapamiętać patenty towarzysza, bo mnie też to czekało za chwilę. Partner walczył dzielnie i skutecznie. Wkrótce zniknął za granią. Stukanie na grani dowodziło, że zakłada ostatnie stanowisko.

– Mam stanowisko – usłyszałem i poczułem się znacznie bezpieczniej.

Siedziałem sobie na półce Górnego Trawersu podziwiając krajobraz. Sierpniowe słonko nagrzało już chropowatą, granitową skałę i żal mi było już kończyć robotę, chociaż znacznie przekroczyliśmy czas przewodnikowy. Obok przysiadł pomarańczowy motylek i wyglądał na nie mniej zdziwionego ode mnie. Próbowałem jeszcze wychylić się i obejrzeć z bliska słynne miejsca legendarnej ściany.

-Co ty tam śpisz? Rusz się wreszcie – darł się ktoś z góry.

Nie było rady. Zlikwidowałem stanowisko, posprzątałem i w drogę. Początek był jaki taki, ale potem zwątpiłem w moje umiejętności. Wisiałem dłuższą chwilę na rękach w jednym miejscu bez pomysłu, co dalej. Mięśnie już mi drętwiały, a przed oczami pojawiły się dziwne plamki.

– Ściągaj, blok! – Błagałem partnera.

Wtedy dopiero spostrzegłem dosłownie przed nosem doskonały chwyt jak klamka. Niespodziewane wybawienie dodało mi skrzydeł. Zmiana pozycji przywróciła krążenie w rękach i po dwóch metrach zrobiło się znacznie łatwiej. Jeszcze krok i ujrzałem trawki wyprowadzające na grań. Czyżby to był już koniec drogi?

Ambitnie poszliśmy ciągle związani liną po łatwym terenie w kierunku wierzchołka Zamarłej Turni. Zatrzymaliśmy się w najwyższym punkcie i uścisnęliśmy sobie dłonie. Zgodnie z zapomnianym pewnie dzisiaj zwyczajem, zanurzyliśmy koniec liny w błotnistej wodzie kałuży i wzajemnie uderzając nim po ramionach pasowaliśmy się na taterników. Mogliśmy uznać nasze Karty Taternika za ważne. Nie pozostało nic innego, jak rozwiązać się i zbiec przez Kozią Przełęcz do podnóża ściany po plecaki. Schodząc z przełęczy zatrzymaliśmy się i w milczeniu długo gapiliśmy się na Zamarłą.

– Gdybyśmy zrobili to jakieś sześćdziesiąt lat temu, to byśmy wtedy byli sławni w całym Zakopanem, a dzisiaj dzieci by się o nas uczyły na kursach – przerwałem ciszę.

Jurek spojrzał na mnie jakbym z Giewontu spadł, a ja w mig pojąłem, jaką durnotę palnąłem i wstyd mi się zrobiło sakramencko. W Polsce zawsze było setki i potem tysiące taterników i nie było dwóch, którzy by mieli takie same motywacje tego, co ich skłoniło do tej dziwacznej aktywności. Na pewno nigdy nie była to chęć robienie kariery czy sławy. Zwycięstwa i sukcesy, a także porażki i klęski zawsze przeżywali bez publiczności na trybunach. Na pytanie, po co poszli w góry nie było sensownej odpowiedzi. Czasami, bardziej chyba na pożywkę wścibskim dziennikarzom, ktoś odpowiadał:, bo góry są. Znany w środowisku Andrzej „Wilk” Wilczkowski ma swoją teorię dla usprawiedliwienia. Mianowicie, – „jeśli ktoś odpowie, po co człowiek oddycha, to natychmiast odpowiem, po co się wspina”. Klarownej odpowiedzi nigdy nie będzie. Podobnie jak z innym słynnym pytaniem, nie ujmując nic Shakespearowi, być albo nie być? Zostawmy jednak filozofowanie filozofom, bo jej w górach aż nadto i bez tego.

Spakowaliśmy cały chłam do worów i ruszyliśmy przez Szpiglasową do domu, na „taborysko” na Polanie Włosienica. Teraz poczułem ból w kostkach palców prawej ręki. Dojrzałem już do wymiany młotka. Zmordowani dowlekliśmy się do namiotów późnym popołudniem. Wygłodniali zabraliśmy się do przyrządzania obiadu. W tak odświętny dla nas dzień – trzydaniowy. Gastronomia taternicka też lubiła zaskakiwać. Zupą tego dnia był wynik mieszania pomidorowej i grochowej w proszku. Z niezastąpionej w górach puszki mielonki udały nam się po wysmażeniu cztery dorodne kotleciki. Z przygotowanym również z proszku puree smakowały wybornie. Na deser zamówiliśmy sobie malinowy kisiel. Po wielkim obżarstwie przysiedliśmy z menażkami pełnymi gorącej herbaty na pniu zwalonego drzewa, który leżał obok naszego namiotu. Dumni z siebie poczuliśmy, że dusze wróciły do ciała. Niebawem prawie wszystkie wolne miejsca wokoło obsiadły „orły i sokoły” i zaczął się odwieczny spór o prostowaniu skomplikowanych wariantów na Kazalnicy. Nasze ostatnie przeżycia pochodziły z zupełnie innej bajki. Kiedy zrobiło się całkiem szaro na świecie, rozgorączkowane kłótnie przerwała wizyta dwóch dostojnych gości. Niespodziewanie, a właściwie spodziewanie, zasiadły między nami legendy. Czesław Łapiński, gospodarz w schronisku nad Morskim Oku od zawsze. Przyszedł w towarzystwie starego druha Pawła Fogla. Dokonania tych ludzi w okresie przedwojennym stały się kamieniami milowymi taternictwa. Opowiadane historie znane nam były na pamięć, ale tylko słuchane z ust bohaterów tych wydarzeń w sercu Tatr, mogły odtworzyć niepowtarzalną atmosferę czasów magicznych. Opowieści odnosiły się nie tylko do czynów heroicznych i dramatów tatrzańskich.

Nie brakowało wesołych wspomnień o regularnych ceremoniach w schronisku w Moku. Żona Czesława, Wanda, matkowała całym pokoleniom taterników w czasach najtrudniejszych.

Przy okazji Świąt Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy ciągnęły całe tłumy jak do rodzinnego domu. Lane poniedziałki były obchodzone tak skrupulatnie, że zabezpieczały schronisko przed pożarem na cały następny sezon. Ileż to szalonych planów zrodziło się w głowach przy stołach na werandzie, kiedy za oknami trwała trzydniowa szaruga.

Opowieści z dawnych czasów słuchaliśmy z wypiekami na twarzy do późnej nocy. Zatarła się różnica miedzy czasem przeszłym i teraźniejszym. Cały czas furkotały benzynowe palniki, zwane ze względu na pochodzenie „breżniewkami” bądź „kosyginkami”, bo herbaty wypijano ogromne ilości. Takie wieczory na „taborze” stały się częścią folkloru taternickiego, a wizyty słynnych postaci z przeszłości, ale także teraźniejszości, były niezapomniane.
(Jacek Walczak, Obrazki z przygody)

This is the end, beautiful friend

This is the end, my only friend

The end

It hurts to set you free

But you`ll never follow me

The end of laugher and soft lies

The end of nights we tried to die

THIS IS THE END

(Jim Morrison)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *